Alkoholizm

 JAK ROZPOZNAĆ GRANICE?

Normalny, przeciętny człowiek chce wiedzieć, co jest dla niego dobre, a co złe, kiedy zachowuje się normalnie, a kiedy jego reakcje świadczą o patologii. Mamy na to normy, kryteria, zwyczaje, niepisane i pisane umowy. Z alkoholem sprawa nie jest prosta. Powszechne kryteria "normalności" nijak się mają do tego, co na ten temat mówi nam nauka. Do tego piją, mniej lub więcej, prawie wszyscy i prawie wszędzie. Niektórzy codziennie. Nawet lekarze zalecają czasem picie na "poprawę ciśnienia". I nawet oni często nie wiedzą gdzie kończy się normalne picie, a zaczyna alkoholizm.
Jak rozpoznać te granice?
Aby odpowiedzieć na to pytanie należy najpierw zdać sobie sprawę z tego czym jest alkohol. Większość z nas od razu odpowie "to jest używka". Nieliczni tylko mają świadomość, że jest to dla ludzkiego organizmu trucizna.
Alkohol, czyli etanol jest bezbarwną substancją otrzymywaną przez fermentację cukrów lub syntetycznie. Ten otrzymywany z fermentacji cukrów, wchodzi w skład niektórych napojów. Jeśli występuje w stężeniu powyżej 1.5% mamy do czynienia z napojami alkoholowymi, które stają się dla nas "używkami" poprzez swoje właściwości odurzające.
Ale etanol jest też trucizną. Przedawkowany wywołuje reakcje typowe dla zatrucia, ze śmiercią włącznie. Powie ktoś "no cóż, na głupotę nie ma rady i nie ma co demonizować, bo jeśli zna się swoje możliwości i pije się z umiarem, to alkohol jest jak najbardziej dla ludzi".
Problem jednak w tym, że często nie pije się "z umiarem", a oprócz mocy trującej alkohol uzależnia psychicznie i fizycznie, i to w sposób niezauważalny. Jest narkotykiem i nawet picie z "umiarem" nie zawsze zabezpiecza przed nałogiem.
Ale ludzki organizm ma dwie ważne zdolności, które mogą nam pomóc lub mogą zwrócić się przeciw nam: jedna polega na obronie przed substancjami trującymi, a druga na wytwarzaniu na nie tolerancji.
Na czym polega ta obrona? Po wprowadzeniu do organizmu trucizny /np. alkoholu/ uruchamia on szereg swoistych reakcji, mających na celu pozbycie się, wydalenie czynnika szkodliwego. W przypadku osoby pijącej rzadko lub w ogóle, nawet bardzo mała dawka alkoholu spowoduje bóle głowy, żołądka, wymioty, biegunkę, kołatanie serca, ogólne rozbicie itd.
W ten sposób organizm choruje, ale też informuje nas o truciźnie i stara się jej pozbyć. Są to reakcje zupełnie prawidłowe, n o r m a l n e. Tak samo zareaguje nasz organizm na każde inne zatrucie.
Wiele osób poprzestaje na takich doświadczeniach i rezygnuje z picia, lub sięga po alkohol sporadycznie i w bardzo małych ilościach.
Ale alkohol powoduje też odurzenie. Dzięki temu, przez moment, czujemy się odprężeni, mniej zmęczeni, nasza pamięć uwolniona jest nagle od problemów, które przez krótki czas wydają się nie takie ważne, czy trudne, mamy też lepszy humor, wyostrza się nam dowcip, stać nas na większą bezpośredniość i odwagę w kontaktach z innymi. Po prostu "dostajemy skrzydeł", tyle że sztucznych, bo alkohol zawsze spełnia rolę sztucznej protezy dobrego nastroju. /Ale tylko do pewnego czasu, gdyż potem, na dalszych etapach choroby, zamiast wprowadzać nas w dobry nastrój wywołuje depresję i lęki./
Nawet gdy odchorowujemy pierwszy kontakt z "używką", pamiętamy o tym, jak inaczej psychicznie się po niej czuliśmy. Im silniejszy był efekt odurzenia, im większe spowodował "odprężenie", tym szybciej powstaje potrzeba powtórzenia tego stanu. I... ponownie sięgamy po alkohol. Identycznie reagujemy na inne narkotyki.
Z czasem związek między napięciem wewnętrznym, stresem, czy innymi przykrymi emocjami, a alkoholem staje się coraz silniejszy i jednocześnie... coraz mniej dla nas widoczny.
Tak zaczynamy przekraczać pierwszy próg. Pogrążamy się stopniowo i powoli w zależności emocjonalnej, psychicznej od alkoholu. Z czasem wręcz nie potrafimy sobie wyobrazić pewnych sytuacji bez alkoholu, lub znajdujemy się w różnych sytuacjach tylko ze względu na jego obecność. Pojawienie się określonych emocji, czy stanów psychicznych automatycznie budzi w nas potrzebę spożycia. Zaczynamy pić coraz więcej, coraz mniej "okazyjnie", coraz częściej nieprzypadkowo.
Powoli tracimy kontrolę, choć na tym etapie jest to jeszcze proces odwracalny, który moglibyśmy zatrzymać, gdybyśmy wiedzieli... Jeszcze nie tak bardzo rzucają się w oczy nowe, alkoholowe elementy naszego życia, nasze picie jeszcze nikogo na serio nie niepokoi, bo przecież piją "wszyscy", a w porównaniu z innymi, to w ogóle nie ma o czym mówić... a jak chce się coś załatwić, czy dobrze żyć z ludźmi, to wiadomo..., a w końcu coś nam się przecież też od życia należy..., itd., itp.
I tak oto system usprawiedliwień oraz zaprzeczeń, charakterystyczny dla choroby alkoholowej, zaczyna powoli kiełkować. Dochodzi do pierwszych racjonalizacji picia - zupełnie logicznych, nie budzących podejrzeń, pozwalających sensownie usprawiedliwić drobne na razie nieobecności w pracy, jakieś późniejsze powroty do domu, jakieś niepotrzebne nieporozumienia z ludźmi, których coraz częściej zawodzimy...
Nasz organizm jest nieubłagany, kieruje się własnymi regułami i powoli zaczyna kierować także nami. Jeśli pijemy coraz częściej, nie koniecznie codziennie i nie koniecznie do nieprzytomności, a tylko właśnie "częściej" i w "przyzwoitych" nawet ilościach, wytwarza on, jak już wspomniałam, inny jeszcze mechanizm - charakterystyczną tolerancję na truciznę. Jak to się dzieje?
Jeżeli pomimo uruchamiania odruchów obronnych, takich jak wymioty, bóle głowy itd., czynnik szkodliwy pojawia się raz za razem, organizm włącza reakcje adaptacyjne, w postaci coraz większej tolerancji na truciznę /alkohol/. Odbywa się to niezależnie od naszej woli, na poziomie chemii i fizjologii.
I tylko w pewnym momencie z zadowoleniem zauważamy, że dwa, trzy kieliszki, które jeszcze nie tak dawno mogłyby nas "zwalić z nóg", wypijamy teraz duszkiem bez żadnych przykrych sensacji. Im więcej możemy wypić bez "odchorowywania" tym lepiej myślimy o naszym zdrowiu. Nic błędniejszego.
Jeśli na przestrzeni ostatniego roku, lub paru lat zaobserwowaliśmy u siebie zmianę tolerancji na alkohol, przejawiającą się coraz "mocniejszą głową", jeżeli organizm coraz słabiej odrzuca coraz większe dawki alkoholu i jednocześnie coraz częściej bywamy w sytuacjach picia i pijemy - jeśli zauważamy takie zmiany, to możemy być pewni, że nie pijemy już normalnie, chociaż nie musi to być jeszcze nałóg, fizjologiczna zależność. Ale jest to już początek, pierwszy etap choroby alkoholowej. Wchodzimy na orbitę, na której, jeśli się teraz nie zatrzymamy, będziemy krążyli trzymani na niej siłami zupełnie od nas niezależnymi.
Należy także podkreślić, iż nie ma znaczenia fakt ile się wypija, ponieważ indywidualna, podstawowa tolerancja może być różna u różnych osób. Ważne jest czy zwiększyła się tolerancja na alkohol w porównaniu z tolerancją początkową, czyli tą, którą mieliśmy wtedy, gdy zaczynaliśmy pić.
Tolerancja ta, po okresie wzrostu, na dalszym etapie i przy kontynuacji picia, będzie malała. 

                                                                                                                                                

UTRATA KONTROLI

W poprzednim artykule opisałem niektóre kryteria oceny normalnego i patologicznego picia alkoholu, stwierdzając w konkluzji, że im więcej potrafimy wypić bez przykrych fizjologicznych sensacji, im słabiej nasz organizm odrzuca alkohol, a także im częściej w określonych sytuacjach sięgamy po kieliszek, w tym większym stopniu jesteśmy zagrożeni chorobą alkoholową.
W tej części będzie mowa o kolejnym sygnale przekraczania granicy normalnego picia, a mianowicie o "utracie kontroli nad piciem". Objaw ten jest koronnym d o w o d e m rozwiniętej już choroby alkoholowej.
Słownik Języka Polskiego podaje, że kontrola to "porównanie stanu faktycznego ze stanem wymaganym", "wgląd", "nadzór".
Zgodnie z tą definicją "kontrola picia" sprowadza się do dokonywania przez osobę pijącą porównań ilości wypijanego lub wypitego alkoholu z ilością alkoholu, jaki założyła /przed rozpoczęciem picia/, że wypije.
Wyniki takich porównań stają się istotnym źródłem informacji o faktycznych możliwościach kierowania własnym postępowaniem. Mówiąc inaczej, jeżeli wiem, że w danych okolicznościach nie powinnam dużo wypić, mogę założyć, że wypiję np. lampkę wina.
Nie czuję się źle z tego powodu, nie "zapominam" o postanowieniu i nie zmieniam planów tylko dlatego, by nie ominęła mnie następna kolejka.
Kontrola picia polega więc na możliwości wypijania d o w o l n e j ilości alkoholu. W każdej sytuacji mogę wypić jeden kieliszek, całe "wiadro", lub mogę nie pić w ogóle. Zależy to tylko ode mnie, od mojej woli.
Jeżeli jednak stwierdzam, że ilekroć zamierzam wypić określoną ilość alkoholu, wypijam go więcej, to mam namacalny d o w ó d, że nie panuję już nad swoim postępowaniem i że kieruje mną alkohol.
Gdy każdy kontakt z alkoholem kończy się upiciem jest to sygnał alarmujący.
Każda dzisiejsza utrata kontroli nad piciem, jutro stanie się totalną utratą kontroli nad życiem i to w każdym jego aspekcie.
Czym jest utrata kontroli nad piciem? Jak to się dzieje, że niektóre osoby po pierwszym kieliszku nie potrafią przestać pić, aż do momentu gdy np. skończy się alkohol?
Terminologia narkomanii posługuje się określeniem "głód narkotyku". Uzależniony organizm domaga się w ten sposób swojej dawki. Głód pojawia się w momencie gdy narkotyk przestaje "działać" w organizmie, co zmusza osobę uzależnioną do kolejnego "wzięcia". Ale narkomania alkoholowa jest tu wyjątkiem. W jej przypadku "głód narkotyku/alkoholu" pojawia się w momencie wypicia pierwszego kieliszka. Dlatego alkoholik traci kontrolę. Ponieważ głód ten wywołany jest szeregiem skomplikowanych chemicznych reakcji, opanowanie go siłą woli jest po prostu niemożliwe!
Patologia polega na tym, że alkoholik nie może wypić dowolnej ilości alkoholu ponieważ nie może zatrzymać się już na tym pierwszym kieliszku. Jedyne co może i to tylko na początkowym etapie choroby /dlaczego, wyjaśnimy w kolejnych odcinkach/, to w ogóle nie zacząć pić.
Ktoś kiedyś powiedział, o ile sobie dobrze przypominam był to jeden z alkoholików z ruchu AA, że "alkoholik może obiecać, iż nie będzie pił przez lata i dotrzyma słowa, ale nie dotrzyma słowa gdy obieca, że wypije tylko jeden kieliszek".
I w tym stwierdzeniu zawarta jest cała prawda o istocie utraty kontroli nad piciem.
Jest to również "test" alkoholizmu, pewne kryterium oceny patologicznego picia i stuprocentowy dowód choroby alkoholowej.
Sprawy te są siłą rzeczy źródłem wielu bolesnych nieporozumień. Nierzadko słyszy się jak żona prosi męża, by nie pił "za dużo", albo poprzestał na paru kieliszkach... I on obiecuje, że tylko toast, że tylko jeden, dwa, bo przecież nie wypada nie wypić, ale przyrzeka, naprawdę chce... Tylko, że jeśli jest alkoholikiem, a może nim być nie wiedząc o tym, to jest to niemożliwe, bo ten pierwszy kieliszek zadziała jak spust karabinu maszynowego, wywołującego całą serię...
Bywa i tak, że alkoholik zdaje sobie sprawę z tej lawinowej reakcji i w danej sytuacji postanawia nie pić w ogóle. Rzadko jednak udaje mu się wytrzymać nacisk i presję towarzystwa, które robi wszystko by namówić go na ten chociaż jeden kieliszek. "Jeden kieliszek jeszcze nikomu przecież nie zaszkodził...."
                                                                                                              

KLIN NA KACA

Dzisiaj powiemy o "klinie" jako recepcie na "kaca". Kac występuje po przepiciu. Gdy cały organizm choruje, boli głowa, serce kołacze, nogi i ręce trzęsą się jak galareta, a człowiek jest rozdrażniony, rozbity i zdekoncentrowany, należy wypić klina, czyli jakiś alkoholowy trunek, najlepiej piwo, lub wódkę. Niektórzy stosują piwo z wódka. Objawy "kaca" ustąpią i można znowu jako tako funkcjonować.
Taką receptę stosują i zalecają innym wprawne w piciu osoby. Taką receptę, o zgrozo, znalazłam nawet rok temu, przed Sylwestrem, w jednym z popularnych polskich magazynów. Jest to recepta tyle skuteczna, co zgubna, oraz zupełnie niemożliwa do zastosowania przez osoby nieuzależnione od alkoholu. Te ostatnie po przepiciu nie mogą nawet pomyśleć o alkoholu, a sam jego zapach wywołuje torsje.
Jak to więc jest z tym kacem i klinem?
Pisaliśmy już o tym, że u osób rzadko pijących nawet małe dawki alkoholu wywołują reakcje zatrucia i jest to zupełnie normalne. Ale częste, lub/i systematyczne picie powoduje wzrost tolerancji na alkohol. Mocna głowa jest jednym z pierwszych sygnałów rozpoczynającej się choroby alkoholowej. Jest to także jeden z najbardziej mylących sygnałów, który skłania osobę pijącą do myślenia, że alkohol jest dobrze tolerowany, a więc można spokojnie pić. Tymczasem tak właśnie rozpoczyna się proces fizjologicznego uzależnienia, czyli alkoholowa narkomania.
Kontynuacja picia umacnia niezależne od naszej woli patologiczne mechanizmy, a z czasem powoduje utratę kontroli nad piciem. Osoba uzależniona, po wypiciu pierwszego kieliszka musi pić do końca, do momentu upicia się. Nie ma przy tym znaczenia styl picia. Można pić codziennie, raz w tygodniu, czy raz w miesiącu.
Czasem alkoholik pod presją coraz bardziej zaniepokojonego otoczenia, chce udowodnić, że potrafi wypić "tylko trochę". I rzeczywiście, np. na jakimś przyjęciu wypija tylko lampkę. Ale otoczenie nie wie, że wypił już "trochę" przed przyjęciem. lub ma w samochodzie butelkę i co jakiś czas wychodzi na zewnątrz, albo szybko znika z imprezy, by kontynuować picie w innym miejscu. To organizm domaga się alkoholu i to w coraz większych dawkach.
Nie chodzi też tylko o takie picie, gdy osoba za każdym razem zwala się pod przysłowiowy stół. Może to być picie, które tylko utrzymuje określony poziom alkoholu w organizmie bez ostrych oznak upicia. Wprowadza to w błąd środowisko, które traci czujność widząc, że takie picie jest "umiarkowane", bo nie doprowadza do charakterystycznych ekscesów, kompromitacji, itd.
Mówiąc inaczej: istotne jest to, że organizmowi dostarcza się określoną ilość alkoholu, a nie to, czy dzieje się to za "jednym posiedzeniem", kiedy wypija się np. pół litra wódki, a przez następne dni nie pije się nic, czy też to pół litra dostarcza się organizmowi przez parę dni w postaci kilku drinków dziennie.
Osoba nieuzależniona od alkoholu po przepiciu odchoruje swoje, ponieważ uległa zwyczajnemu zatruciu, organizm w tym okresie będzie totalnie odrzucał alkohol, po czym wróci do równowagi, chociaż jak już pisaliśmy, przedawkowany może spowodować śmierć. Nie może jednak w stanie zatrucia alkoholem wypić klina, czyli alkoholu, bo nim się właśnie zatruła. Tak samo jakby nie mogła w stanie zatrucia np. wędliną zjeść, jako lekarstwa na zatrucie, zatrutej wędliny.
Inaczej rzecz się ma z osobą uzależnioną od alkoholu. Objawy kaca, szczególnie w początkowym okresie choroby alkoholowej, są bardzo podobne do tych z zatrucia i jest to kolejny mylący sygnał, ponieważ mechanizm jest różny.
Po okresie picia, gdy osoba uzależniona przerywa picie alkoholu, gwałtownie spada jego poziom we krwi /nie ma znaczenia na jak długo odstawia picie/. To właśnie ten spadek alkoholu we krwi powoduje przykre reakcje kaca, a nie zatrucie. Wypicie klina wyrównuje ten poziom i dlatego łagodzi objawy kaca.
Bywa tak, że na początkowym etapie choroby, mały klin pomaga szybko i można znowu nie pić przez wiele dni, a nawet miesięcy. Ale równie dobrze można zacząć pić zaraz na drugi dzień. Charakterystyczne jest także to, że na tym etapie nie każde wypicie musi powodować potrzebę ratowania się klinem.
W miarę jednak nasilania się choroby reakcje organizmu po każdorazowym przerwaniu picia są coraz poważniejsze. Pojawiają się lęki, halucynacje, zaburzenia snu, pamięci, dolegliwości serca, niekontrolowane drżenia rąk, itd. Kac, początkowo trwający parę godzin, utrzymuje się w coraz ostrzejszej postaci nawet kilka i kilkanaście dni. Klin staje się koniecznością. W końcu za każdym razem wywołuje kolejne "ciągi picia", niwelując zupełnie przerwy w piciu i ostatecznie doprowadzając do sytuacji, w której człowiek bez alkoholu nie może w ogóle funkcjonować.
Rodziny alkoholików wiedzą o tym. Często słyszy się opinię, że osoba pijąca jest "lepsza i bardziej do życia", gdy wypije, niż wtedy gdy jest trzeźwa. I żony zaczynają dbać o to, by mąż alkoholik miał zawsze coś do wypicia...
W rozpoznaniu choroby alkoholowej ważne jest więc nie tyle to, jak się pije, tylko to, jak organizm reaguje na nie picie. Potrzeba wypijania klina na kaca jest kolejnym bezsprzecznym dowodem rozwiniętej już narkomanii alkoholowej.
W zaawansowanej chorobie alkoholowej nie dostarczenie organizmowi kolejnej dawki może spowodować nawet śmierć. Na tym etapie alkoholik pije już nie po to aby pić, tylko po to aby żyć. Ale kontynuowanie picia nasila chorobę i to również ostatecznie powoduje śmierć. Koło się zamyka. Jedynym ratunkiem jest podjęcie leczenia.

                                                                                                           


„JESTEŚ ALKOHOLIKIEM…"

Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której osoba chora na poważną, przewlekłą chorobę nie chce się leczyć. Jest to zrozumiale do momentu, gdy nie wie o swoim schorzeniu. Ale pierwsze oznaki zaburzeń skłaniają ludzi do wizyty u lekarza w celu sprawdzenia stanu zdrowia, a diagnoza choroby uruchamia szereg zabiegów w kierunku leczenia się. Oczywiście są osoby odwlekające moment konfrontacji medycznej, a także takie, które bywają bardzo opornymi pacjentami, jednak pogarszający się stan zdrowia czy diagnoza choroby zagrażającej życiu powoduje w końcu, iż człowiek poddaje się leczeniu, stosuje się do zaleceń, chodzi na kontrole itd.
W przypadku alkoholizmu mamy do czynienia z sytuacja, w której człowiek nie podejmuje leczenia nawet wtedy, gdy jego stan naprawdę zagraża życiu. Bardzo rzadką, a wręcz niespotykaną jest też taka sytuacja, w której osoba pijąca udaje się do lekarza w celu sprawdzenia, czy jest alkoholikiem, czy nie. Typowe jest to, ze alkoholik nie chce się leczyć i nie przyjmuje żadnych sugestii dotyczących podjęcia leczenia. Jest to wręcz jeden z bardziej znaczących symptomów rozpoznawczych choroby alkoholowej.
Dlaczego alkoholik nie chce się leczyć? Najkrócej można odpowiedzieć na to pytanie stwierdzeniem, iż zaprzeczanie chorobie jest elementem choroby. Jest to efekt głębokich i długotrwałych zmian psychicznych, charakterologicznych i neurologicznych. Ale wiąże się to także z brakiem elementarnej wiedzy o chorobie alkoholowej.
Alkohol oszukuje alkoholika, tak jak wszystkich. Przychodzi taki moment, gdy pijacy pije już bo musi, gdyż jest fizjologicznie uzależniony od alkoholu. A to oznacza, że przerwanie picia siłą woli jest niemożliwe, bo wywołuje to poważne następstwa w postaci stanów, w których alkoholik czuje się bardzo chory, a nawet umierający. I to zagrożenie może być odczuwane prawidłowo. Przyjęcie kolejnej dawki alkoholu łagodzi te dolegliwości, ale pogłębia chorobę alkoholową. Tak wiec z jednej strony alkohol jest naprawdę lekarstwem, a z drugiej czynnikiem zabijającym.
Ale początkowo picie miało inny charakter, spełniało funkcje towarzyskie, odreagowania napięcia, poprawiania nastroju. Już wtedy trzeba było jednak w jakiś sposób usprawiedliwić przed otoczeniem okresy nietrzeźwości. Społeczne normy temu sprzyjały. Usprawiedliwianie picia towarzyszyło alkoholikowi od samego początku.
Gdy jeszcze choroba nie była rozwinięta usprawiedliwienia te były logiczne, prawdopodobne i „trzymały się rzeczywistości". Czy były jednak prawdziwe? Być może do pewnego czasu tak, potem prawda przestała się liczyć, gdyż najistotniejsze stało się to, by stwarzać pozory powodów umożliwiających picie.
Niekoniecznie tez zabiegi te były świadome. Podawane rodzinie zmyślone powody nadużywania alkoholu trzeba było usprawiedliwić przed samym sobą, by mieć poczucie racji, dobrego mniemania o sobie, itd. Prawdopodobnym usprawiedliwieniem mogło być na przykład to, ze rodzina nie rozumie sytuacji w pracy, czy wszystkich warunków robienia „kariery zawodowej", której elementem jest picie przy rożnych okazjach. Było to tym bardziej konieczne, gdy coraz widoczniejsze i poważniejsze stawały się konsekwencje picia. Nikt nie chce się czuć gorszy. Alkoholik tez chce się czuć wartościowym człowiekiem.
Na domiar złego, najbliższe otoczenie początkowo chętnie przyjmowało te usprawiedliwienia lub blednie je interpretowało. Np. rodzina zamiast dostrzegać nasilający się typowo problem alkoholowy, czyli postępujące fizjologiczne uzależnienie od alkoholu, dostrzegała problem „złego towarzystwa" i w nim upatrywała przyczynę nasilającego się picia. Tymczasem alkohol robił swoje. Uzależniał powoli i systematycznie. Nikt jednak tego nie dostrzegał, ani pijacy, ani jego otoczenie. Zamiast tego zaczęły być dostrzegane konsekwencje picia i na nich skupiała się uwaga. Ale interpretacje nadal były błędne. Przyczyna wszelkich nieszczęść był wprawdzie alkohol, ale przyczyny jego picia upatrywane były dalej w czynnikach zewnętrznych /np. koledzy/, lub zlej woli pijącego, który stal się „złym człowiekiem", lub „dobrym, jak nie pije". Czy mógł to przyjąć? Nie mógł i to z paru powodów.
Po pierwsze dlatego, że coraz częściej był pijany, a w tym stanie nie ma mowy o rozsądku. W upojeniu alkoholowym rzeczywistość przybiera inne kształty i wymiary. Jest to oczywiste, a przecież najczęściej „poważne rozmowy" z pijącym przeprowadzane są wtedy, gdy nie jest trzeźwy.
Po drugie potrzeba picia stawała się koniecznością. Negatywne reakcje otoczenia wywoływały w naturalny sposób reakcje bronienia się, udowadniania, że nie jest źle, ze wszyscy przesądzają atakując go za picie, itp. Rosnące poczucie winy wobec najbliższych i rosnąca jednocześnie fizjologiczna zależność od alkoholu, z której nie zdawał sobie sprawy, sprzyjały postawie zaprzeczania. Te dwie napierające na niego siły stały się zagrożeniem dla poczucia własnej wartości, którego bal się utracić najbardziej.
Gdyby przyznał racje otoczeniu musiałby wziąć na siebie, na swoje sumienie, wszystko co mu zarzucano. Gdyby nie był uzależniony od alkoholu może nawet mógłby to zrobić, powiedzieć sobie „stop", przestać pić, powoli naprawiać to, co zrujnowane. Miałby realna szanse. Ale to nie było możliwe, bo... nie mógł przestać pić. Nie można budować i rujnować jednocześnie. Nie można być pijanym i trzeźwym jednocześnie. Nie można prosić o wybaczenie i dalej czynić zło. A tak właśnie alkoholik funkcjonuje. Nie wierzył w to jednak. Dlatego przysięgał na wszystko, obiecywał, chciał – na chwile, do następnego picia...
Dlaczego wiec nie rozumiał, że jest uzależniony? Ponieważ zagrożenie poczucia własnej wartości mu na to nie pozwalało, oraz dlatego, ze nie rozumiał, iż jest chory, a alkoholizm kojarzył mu się tylko z rynsztokiem, złą wolą, złym człowiekiem, marginesem społecznym, dnem dna, itd. Przyznanie się do tego pozbawiłoby go nadziei, którą cały czas miał. Wielokrotnie próbował przestać pić. Wierzył, że jutro mu się to uda..., żył w przekonaniu, że kontroluje picie. Były przecież okresy, gdy nie pił lub pił mniej, zaczął pić słabsze trunki, itd.
Wraz z postępem choroby walka o poczucie własnej wartości przybierała absurdalne formy. Mógł wpaść w manie wielkości, co przejawiało się opowieściami o wspaniałych czynach jakich dokonał, o ważnych osobach, z którymi jest w przyjaźni itd. Lub też budował to poczucie poprzez obniżanie poczucia wartości innych. Mógł poniżać najbliższych, przyjaciół, czy znajomych.
Poza tym jak miał zrozumieć, że jest uzależniony od alkoholu, gdy nikt z jego otoczenia tak nie myślał? Żona zarzucała mu wszystko co najgorsze, ale nie to że jest alkoholikiem. Wymagała tylko, by pil mniej i wtedy gdy są na to warunki, by się nie awanturował, przynosił pieniądze... To koledzy zawinili. Albo złe wzory z domu... Jego ojciec był taki sam... Ona tez broniła się przed prawdą, że ma męża alkoholika, bo dla niej również przyjęcie tej prawdy oznaczałoby utratę nadziei, poczucie degradacji społecznej, itd. Tak samo rozumiał pijacy – póki nie był alkoholikiem wierzył, że miął jeszcze szanse...
Nikt nie chce się czuć gorszy. Czy wtedy, gdy wszystko naokoło jakby zmówiło się, by go utwierdzać w tym, że jest do niczego, a jedynym sposobem na to, by móc rano wstać i doczekać południa, było normalne wypicie „klina" – czy wtedy mógł powiedzieć sobie „jestem alkoholikiem, czyli zerem, skończonym człowiekiem z rynsztoku"? I co dalej?
Dalej nie było nadziei. Żadnej perspektywy. Niczego.
Zresztą tak naprawdę nawet to było bez znaczenia, bo „teraz" trzeba było zrobić wszystko by zdobyć kolejna porcje alkoholu, który gdzieś trzeba było wypić – to było najważniejsze. Ważniejsze od rodziny, pracy, przyjaciół. „Teraz" taka tylko istniała konieczność. Nie było nadziei.
Ale żaden człowiek nie może żyć bez nadziei. Trzeba było wiec ja stworzyć, wymyslić ... Jakakolwiek, byle jaka nawet, obojętnie, byleby jakąś była, byleby można było się nią podeprzeć do następnego razu, odgonić jakieś zarzuty, przetłumaczyć sobie winy na niewinność, wyjaśnić powody... kumplowi przy butelce.
Tak właśnie cale życie alkoholika staje się iluzja pod hasłem „nie jestem alkoholikiem". Wierzy w nią, walczy o nią, broni jej. Realnej nadziei nie widzi.
Gdyby rozumiał od początku, że alkoholizm jest choroba, która dotyka ludzi niezależnie od inteligencji, wykształcenia, zawodu, itd., gdyby wiedział jakie są jej objawy i możliwości leczenia, gdyby wiedział, ze milionom ludzi na świecie udało się wytrzeźwieć, ze jest to możliwe – gdyby to wiedział nie musiałby walczyć z wiatrakami swoich zaprzeczeń i iluzji. Gdyby otoczenie także zdawało sobie z tego sprawę miałoby bardziej realistyczne oczekiwania wobec pijącego. „Jesteś alkoholikiem" nie byłoby oskarżeniem i obelgą. Byłoby nadzieja. Trudna nadzieja. Czy wystarczy mu o tym tylko powiedzieć? Nie. Ale to przy innej okazji na ten temat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz